Shinkansenem po Japonii - Osaka - Koya-san - Kyoto


Nadszedł czas na ostatni post z Japonii. Jeśli nie przeczytaliście dwóch poprzednich z Tokio oraz Minakami, polecam nadrobić straty, a nastepnie przejść do poniższego.


Po Minakami przyszedł czas na Osakę. Jedno z największych miast Japonii przywitało nas deszczem, a my zamiast do centrum Pokemonów w pośpiechu przypadkowo wybraliśmy się do akwarium. Lekko przereklamowanego zresztą (a może po prostu przykro było nam patrzeć na niektóre zamknięte tam samotne stworzenia). Lodowaty deszczy był naprawdę dokuczliwy, zwłaszcza, gdy zorientowaliśmy się, że wynajęty dom z air bnb, mimo, że piękny, trzy piętrowy, to nie miał wi-fi ani kuchenki mikrofalowej! Tak oto pierogi zakupione w Lawson jeździły z nami aż do ostatniej nocy w Tokyo, ha :D Szczęśliwie dla nas, znaleźliśmy małą restauracyjkę nieopodal domu. Trudno było cokolwiek zamówić, nikt nie mówił po angielsku, w menu wszystko po japońsku, a my w tym języku w tamtym okresie jedynie: Arigatou Gozaimasu. Lecz jak wspomniałam, szczęśliwie, Ed odnalazł wi-fi. Wi-fi umożliwiło nam użycie google translate, a google translate odkryło przed nami opcję robienia zdjęć danym znakom i możliwość skanowania ich, tłumacząc je tym samym na angielski. Tak oto nauczyliśmy się czytać po japońsku kilku najprostszych znaków i zamówiliśmy najlepsze jedzenie Osace.










Następnego dnia ze stacji Namba, wyruszliśmy w końcu do Koya-san. Na górę Koya, na której znajduje się ponad 100 świątyń zamieszkałych przez buddyjskich mnichów można dostać się piechotą lub kolejką górską. Pierwotnym planem była kilkugodzinna wędrówka, jednak padający deszcz ze śniegiem pokrzyżował nam plany (na domiar złego dowiedziałam się, że w okolicy powszechne są misie - niedźwiedzie! Dlatego zawiodłam Edwarda zmuszając go tym samym do podróży kolejką). Na miejscu okazało się, że wybór kolejki był dobrym pomysłem, jednak wciąż czegoś nam brakowało.. Czasu. Świątynię, w której mieliśmy nocować, zamknięto 15 minut przed naszym przybyciem. Na szczycie japońskiej góry, gdzie o godzinie 17:00 poza automatami z kawą i papierosami nie widać innych oznak życia, trochę się zmartwiliśmy. Centrum turtystycznym, które było jedynym otwartym budynkiem, wydawało się naszym ratunkiem! Po wejściu okazało się, że to jedynie drzwi były otwarte - dosłownie - w środku przywitała nas informacja, że dzisiaj, jest nieczynne. Mimo tego, wewnątrz było cieplutko i miło, spędziliśmy tam kilka minut, po skorzystaniu z wi-fi postanowiliśmy... pójść na policję. Komenda policji mieściła się uroczym drewnianym domku. Policjant dał nam swojego ipada i tak, tłumacząc sobie wzajemnie wszystko przez google translate udało nam się wyjaśnić problem. Pan policjant zaprosił nas do środka, dał nam papcie, włączył telewizor z programem o Koya-san i posadził nas przy grzejniku, obiecując, że zaraz wszystko załatwi. Jak powiedział, tak zrobił. Zadzwonił do światyni, w której mieliśmy spać, a po kilku minutach, jeden z mnichów przyjechał po nas autem. Podrzucił nas do Family Mart, kazał wybrać sobie jedzenie (mimo, że jedzenie własnego prowiantu w świątyniach jest wbrew regulaminowi) i po kilku chwilach byliśmy w Świątyni. Tam dostaliśmy nowe papcie, nowe yukaty oraz informację, że o 5 rano wstajemy i spotykamy się na poranne modlitwy. Byłam przekonana, że nasz pokój będzie raczej skromny, raczej bez udogodnień, pewnie surowy, w końcu to miejsce kultu. Ku mojemu zdumieniu, okazało się, że niemal niczym nie różni się od pokoju hotelowego. Telewizja, pyszne ciasteczka powitalne, internet, a co najważniejsze, ciepło, którego przez caly dzień tak nam brakowało! Poranne medytacje były cudownym, mistycznym przeżyciem. Odprężyły mnie tak bardzo, że na śniadanie weszłam w papciach, co, mimo wszechobecnej ciszy, wprawiło w śmiech wszystkich mnichów widzących mnie w obuwiu na tatami. Ojojoj, Magdaleno!































Po przygodach w Koya-san, przyszed czas na Kyoto - dawną stolicę Japonii. Nasze mieszkanie znajdowało się tuż obok muzem Mangi, którego niestety nie zdołaliśmy odwiedzić. W Kyoto zaplanowaliśmy spędzenie dwóch dni. Pierwszy dzień upłynął na eksplorowaniu okolicy. Jako, że uwielbiam wszelkiego rodzaju markety rybne, odwiedziliśmy oczywiście Nishiki market. Nie robi on takiego wrażenia jak Tsukiji market w Tokyo, jedzenie również pozostawia wiele do życienia. Jest to bardziej turystyczna atrakcja niż lokalny market, Włoskie pizzerie wokół tylko to potwierdzają (poza tym, jestem antyfanką włoskiego jedzenia, zwłaszcza w Azji, przepraszam). Następnym punktem naszej pieszej wycieczki był zamek Nijo. Z zewnątrz wyglądał naprawdę baśniowo, jednak na zwiedzanie było już za późno.
Kyoto jest pełne małych uliczek, na których tuż obok przydrożnych światyń znajdziecie mnóstwo restauracji i barów. My odkryliśmy prawdziwy skarb, który serdecznie polecam, przy okazji wizyty w mieście: 13.
Fani mangi i anime powinni być również zaspokojeni, ponieważ ilość sklepów zaopatrzonych w komiksy i tym podobne jest naprawdę ogromna, a ich zawartość naprawdę robi wrażenie.
Następnego dnia, wypożyczyliśmy rowery i za kolejny cel obraliśmy dzielnicę Arashiyama. Bambusowy las oraz wzgórze Iwatayama (pełne małp, zupełnie jak w bajce Król Lew). Obejrzycie zdjęcia, było po prostu przepięknie, nie mam nic więcej do dodania.













W Japonii napotkacie mnóstwo manji 万字 - odwróconych swastyk. Wszystkie świątynie są nimi oznaczone. Nie odbierajcie tego mylnie, ponieważ w buddyźmie ten symbol oznacza szczęście. Wiem, że Japończycy postanowili usunąć te symbole z map dla turystów, którzy natykając się na nie, często przejawiali oburzenie nie rozumiejąc ich znaczenia. Według mnie to niestety kompletne ignoranctwo, ponadto, japoński symbol jest znacznie straszy (używany od tysięcy lat!) niż ten wywołujący złe skojarzenia.